Jest dobry powód, dla którego nie nazwaliśmy tej sekcji strony vel news.
Mianowicie taki, że, mimo naszych usilnych starań, rzadko znajdują się
tu treści nowe, zwłaszcza biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy. Na
przykład o dwóch sprawach, które zaraz opiszę, miałem pisać chyba
tydzień(miesiąc) temu. Cóż, nie wyszło, ale może wyszło mi to na dobre,
bo miałem trochę czasu pogdybać i pogrzebać, dzięki czemu poniżej
przeczytacie więcej niż tylko suchą informację, coś w rodzaju obserwacji
i zaproszenia do dyskusji (znów?).
Najpewniej widzieliście już najnowszy montaż z udziałem Miha
(oraz, gościnnym, Mateusza Niepokoja z Krosna (zwanego niesłusznie
Kasztelanem), który na moje oko ślicznie się z Michałem dogaduje. W
zasadzie jest to prawie split-section, ale, że czołówka jest upstrzona
logami sponsorów Miha, zakładam, że to tylko tak-zwany "ficzuring"). Już
to kiedyś mówiłem i powtórzę: za każdym razem zdumiewa mnie ile można
jeszcze relatywnie nowych rzeczy wyczynić na placu Marii Magdaleny.
Jeśli ktoś nie był tam osobiście, to śpieszę wytłumaczyć, że jest to coś
w rodzaju większej wysepki krawężnikowej o rozmiarze 6x10, osadzonej na
lekko pochylonym, betonowym zboczu. Trzeba być więc Mihem, albo innym
obdarzonym wyobraźnią riderm, których wszak w grodzie Króla Kraka nie
brak. Jeśli o tym miejscu nie będą krążyły legendy, to nie wiem o jakim
będą.
Ale, ale, nie o tym chciałem wcale pisać. Ciężko nie zauważyć, że do
grona sponsorów Michała dołączył nowy logotyp. Ciekaw jestem ile osób
zajrzało w zlinkowaną stronkę,
by zobaczyć o co biega, co oferuje firma i skąd pochodzi. Mnie
zastanowiło natychmiast w jaki sposób dostaje się do niewielkiej
brytolskiej firemeki, której opis teamu zaczyna się od słów-przysięgi
"Our crew is just a group of good friends (...)". Czy Miho spędził
semestr na Wyspach, kiedy ja nie patrzyłem? Żeby nie snuć domysłów
zapytałem go wprost o to co chciałem wiedzieć.
Jak więc dostaje się do zagranicznej ekipy? Przez Internet. Rozmowę kwalifikacyjną zapewnił sobie filmikiem Cracow Bombs,
szybka gadka przez gmail/gtalk/facebook i okazało się, że rajder znad
Wisły jak ulał pasuje go tej grupy przyjaciół. Michał zasugerował, że
Phil (założyciel i CEO) ma być może dobrze rozwinięte zdolności
psycho-analityczne i instynktownie wyczuwa ludzi, którymi chciałby się
otaczać. Zdradził też skromnie, że wcześniej, tym razem po internetowej
premierze Krakowskich Ulic, odezwała się do niego ekipa DUBbmx z podobną propozycją, ale sprawa jakoś się rozmyła.
Wygląda więc na to, że internetowy headhunting stał się faktem. Gdy
przeczytacie to zdanie pierwszy raz prawdopodobnie nie zrobi na Was
specjalnego wrażenia, ale przeanalizujmy co tak na prawdę to oznacza.
Kiedyś "karierę" zaczynało się od lokalnych konkursów na których
należało zabłysnąć. Wygraną, szalonym transferem, charakterystycznym
stylem, czymkolwiek co zwracało uwagę. Oczywiście "sponsor-me tapes"
funkcjonują już od długiego czasu, ale nie znam przypadku w którym ktoś
zawarł poważny układ na odległość. Zawsze chodziło o to, aby w jakiś
sposób zaistnieć, ale w żywej społeczności. Nawet dziś większość firm
nadal opiera się na lokalnych talentach, starych znajomych, albo
ludziach z polecenia. Jest oczywiście mnóstwo wyjątków, kiedy wchodzi w
grę prawdziwa popularność, żeby nie powiedzieć sława, zdarzyć się może
praktycznie wszystko. Jednak trzon tradycyjnych firm stanowią chłopaki z
sąsiedztwa. Przybrałem może ciut krytyczny ton, a niekoniecznie
chciałbym to zjawisko ganić, po prostu zauważyć. To zabawne, że przy
odrobinie pomyślności i obycia, można skompletować międzynarodowy team w
jeden wieczór przed komputerem. Nie jest to też całkiem pozbawione
sensu - filmy nie znanych szerzej wymiataczy z całego globu zasilają
przecież internetowe serwisy prawie równie często, co te
pełnowymiarowych prosów, czemu więc nie wykorzystać tego potencjału na
reklamę. Filmy Miha w niejednym miejscu sąsiadują z nagraniem jakiegoś
Dakoty albo Martineza.
Największą wadą tego rozwiązania jest wg mnie jego "zdalność". W
niewielkich firemkach gratyfikacją za udział są prawie zawsze wyłącznie
produkty, w tym wypadku wysyłane paczką na domowy adres. W zamian
produkujesz materiał video, nagrywany na własnym podwórku przez tego
samego znajomka co zawsze. Wydaje mi się, że to dość duża wirtualizacja
BMXa (albo przynajmniej BMXowej "kariery"). Brakuje tu najważniejszego
aspektu bycia w ekipie, czyli nowych znajomych, wyjazdów, doświadczeń.
Po prostu szerszych horyzontów. Oczywiście nie wykluczam, że nowi
koledzy zaproszą Michała na jeden ze słynnych wyspiarskich wyjazdów do
Barcelony. Tego, lub pokrewnego, właśnie mu życzę.
OK, rozpisałem się, a jest jeszcze jedna rzecz na którą chciałbym
zwrócić uwagę. Miho od jakiegoś czasu reprezentuje również inny
odzieżowy projekt - Bone Co., którego inicjatorem jest operator kamery w
powyższym, czyli Baz. Mogłoby się wydawać, że dla jednych albo drugich
powinien zaistnieć konflikt interesów. Na szczęście Baz potrafi wyjrzeć
za horyzont, a nawet aktywnie wesprzeć Michała w nowym przedsięwzięciu.
Trudno zresztą w tej chwili zakładać, że obydwie firmy są w jakimkolwiek
stopniu konkurentami. Wydaje mi się jednak, że warto zacząć w Polsce
mówić o pewnych zasadach, które zdają się być nam całkiem obce. Szerzej o
tym w części drugiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz